Siadanie zabronione!
10 października 2007 - środagodzina 02:42
„Przejście dla pieszych, siadanie i leżenie zabronione.”

Szlachetny koń nie będzie jadł siana, którego raz mu odmówiono.
„Przejście dla pieszych, siadanie i leżenie zabronione.”

Moje dni w Wuhanie i Chinach są już policzone. A liczba ta jest właściwie cyfrą. Średnio dużą, nawiasem mówiąc. W związku z tak zaistniałą sytuacją zorganizowaliśmy z Sonią w miniony wtorek imprezę z naszą grupą z uniwersytetu. Imprezę w zasadzie dla nas obojga już pożegnalną. Grupa stawiła się niemal w komplecie, bardzo licznie, bo ugościliśmy ponad trzydzieści osób (chwała niech będzie tanim wielkim mieszkaniom w Wuhanie!). Nie zabrakło i nauczycielki Li (李老师), naszej, pozwolę sobie tak to ująć, opiekunki.
Spotkanie udało się wyśmienicie. Atmosfera świetna, mnóstwo roześmianych Azjatek i Azjatów i zapierające dech kulinarne przygody. Bo, jak na Chiny przystało, centrum i gwóźdź imprezy stanowiło jedzenie, przygotowywane pilnie od kilku dni przez nasze wietnamskie koleżanki, które stanowią zdecydowanie większość grupy. Bo są w niej prawie sami Wietnamczycy, kilkoro białych, zdarzy się jakaś Koreanka albo Japonka. Na szczęście Wietnamki doskonale znają się na patelni.
Kiedy byłem jeszcze w Polsce, wiele razy słyszałem o chińskim zwyczaju drobnych inicjatyw społecznych w godzinach porannych lub wieczornych. Te poranne to oczywiście zbiorowe praktykowanie taijiquan (太极拳), czyli taichi, w parkach dużych miast. Wieczorne natomiast to organizowanie głównie przez starszą część społeczeństwa potańcówek na miejskich placach. I to drugie miałem okazję pooglądać sobie w Zhongxiangu, kiedy staraliśmy się na różny sposób zabić jakoś czas pozostały nam do odjazdu autobusu.
I to był pierwszy i jedyny jak dotąd przypadek, kiedy miałem przyjemność być świadkiem takiego ciekawego i typowo chińskiego zwyczaju. Było już zupełnie ciemno, a odbywało się obok jakiegoś supermarketu (nawiasem mówiąc, jednego z niewielu już wtedy czynnych miejsc w okolicy), przy sporym placu. Z boku ustawiono dwie duże kolumny, z których dobywała się oczywiście muzyka. Co ciekawe, obok tradycyjnych chińskich melodii i klimatów usłyszeć mogliśmy całkiem nietradycyjne współczesne umcyk-umcyk. Uczestnikami zabawy nie była oczywiście młodzież, a ludzie troszkę już starsi. Co nie oznacza „starzy”. Do każdego rodzaju muzyki tańczyli oni mniej więcej podobnie, po chińsku. Przy umcykach bynajmniej nie zaczęli skakać jak najwyżej.
Składam Wam niniejszym, Przyjaciele moi, serdeczne życzenia w Nowym Roku! ????! Rok ów przyjdzie nam spędzić pod znakiem ognistej świni, jakie jednak czekają nas z tego tytułu przyjemności i nieprzyjemności – tego powiedzieć Wam już nie jestem w stanie.
Chiński Nowy Rok rozpoczyna się podczas nowiu księżyca, a kończy jego pełnią piętnaście dni później. Ów piętnasty dzień to Święto Lampionów, które obchodzi się nocą i, jak można wydedukować, wywiesza się latarnie etc. Kalendarz chiński opiera się zarówno na ruchu księżyca jak i słońca. Cykl księżycowy to około 29,5 dnia. Aby wszystko pokrywało się mniej więcej z kalendarzem słonecznym, Chińczycy co kilka lat dokładają dodatkowy miesiąc. Na takiej samej zasadzie, jak u nas co cztery lata dodaje się jeden dzień do lutego. Z tych powodów chiński Nowy Rok za każdym razem przypada innego dnia.