SZUKAJ:
Do poprawnego wyświetlania znaków chińskich wymagana jest instalacja chińskiej czcionki.
Witaj, drogi Gościu! Od początku wydarzeń opisywanych na niniejszym blogu minęło już kilka lat. I wiele się przez te lata zmieniło, przede wszystkim ja sam. Dlatego - szczególnie jeśli jesteś tu po raz pierwszy - bardzo Cię proszę o zapoznanie się z treścią strony INFO, będącej rozszerzeniem "notki autorskiej". Jest to konieczne dla prawidłowego zrozumienia zawartości bloga i zmian, jakie zachodziły w trakcie pisania. Dziękuję!

ARCHIWA

Wrzesień 2006

Trzy Przełomy Jangcy – dzień pierwszy

No, wreszcie jestem już wolny, obrobiłem tonę zdjęć i mogę coś naskrobać o wycieczce do Yichangu. A była ona bardzo udana, pełna wrażeń i interesująca! Ale po kolei.

We wtorek wyjechaliśmy sobie rano autokarem spod uniwersytetu. Ha, półtorej godziny minęło, zanim opuściliśmy Wuhan i wjechaliśmy na autostradę… Miałem nadzieję, że pooglądam sobie trochę widoków, ale przysnąłem sobie, a poza tym ciągle było wszędzie pełno drzew i jak tylko zaczynałem szykować się do zrobienia jakiegoś zdjęcia, to w drogę właziła mi zieloność.

Jednak przynajmniej odrobinę chińskiej wsi zobaczyłem. Ale podkreślam, że była to wieś widziana z pędzącego autostradą autobusu. Wywarła na mnie wrażenie raczej przygnębiające… Domy w większości to dwupiętrowe klocki, otynkowane, ale niepomalowane. Czyli szare i nieładne. Czasem zdarzyło się coś lepszego, nowszego albo pomalowanego. Mam jednak nadzieję popatrzeć sobie na chińską wieś przy innej okazji, kiedy będę miał więcej pola do manewru, więc nie będę się teraz na ten temat zbytnio rozpisywał.

Chiny wnerwiające. Chińczycy też.

Ech, co za naród… Wielu wie niewiele, niewielu wie więcej, ale równie niewielu się przyzna, że niewiele wie, więc wielu po prostu pieprzy.

Chińczyk to taki człek, który nigdy nie przyzna się do niewiedzy. Albo niekompetencji. Woli nawciskać kit, nakłaść bzdur do głowy, albo traktować protekcjonalnie (by ukryć własne zakłopotanie), byle tylko nie musieć się przyznawać do tego strasznego faktu nieznajomości odpowiedzi na jakieś pytanie, lub niewiedzy o jakimś fakcie. Grrrr.

Dziś na przykład dowiedzieliśmy się, całkiem przypadkiem zresztą (co za chamstwo), że Polacy nie muszą płacić za pozwolenie na stały pobyt. Tak samo, jak nie musieliśmy płacić za wizę. Jednak tego pierwszego nie wiedzieliśmy, ponieważ nikt nie raczył nas o tym poinformować. Uczelnie nie wie tego także. Więc zostało nam zapowiedziane, że karta stałego pobytu to koszt 400 yuanów.

Wieża Żółtego Żurawia

Wreszcie coś ciekawego się u mnie dzieje.

Wczoraj postanowiliśmy razem z Sonią, moją współlokatorką, zobaczyć wreszcie coś interesującego w mieście, w którym przyszło nam spędzić cały rok. Wybór padł na największą atrakcję turystyczno-historyczną Wuhanu, czyli Wieżę Żółtego Żurawia. Wspaniałe miejsce!

Legenda mówi, że dawno temu pewien młody mężczyzna imieniem Xin prowadził w tym miejscu sklepik z winem. Pewnego dnia zawitał tam pewien mnich taoistyczny i poprosił o wino. Xin był tak uprzejmy, że nie zażądał od mnicha żadnej zapłaty. W podzięce mnich namalował na ścianie żurawia, który tańczył za każdym razem, kiedy ktoś zaklaskał. Wieść ta szybko się rozeszła, a ludzie tak byli zachwyceni i zadziwieni niesamowitym żurawiem, że do winiarni ciągnęły olbrzymie tłumy. Młody Xin wkrótce stał się bardzo bogaty. Po wielu latach mnich po raz kolejny odwiedził sklepik, a następnie dosiadł owego żurawia i odleciał na nim w przestworza. Dla upamiętnienia nieśmiertelnego mnicha taoistycznego młody człowiek wybudował pagodę, Wieżę Żółtego Żurawia.

Chiński uniwersytet a polska podstawówka

Po pierwsze: WRESZCIE MAM KASĘ. Ruszyli tyłki w tym konsulacie. Wreszcie zaczyna się normalne życie.

A po kolejne, dziś minął sobie spokojnie pierwszy tydzień zajęć. Pokrótce zatem przeleję na… hm… klawiaturę? ekran? kaszankę?… swoje z tym związane wrażenia. Za wiele ich jednak nie ma, bo i zajęć nie było przesadnie dużo.

W ramach wstępu pozwolę sobie rzec, że do tej pory myślałem, iż pan Luo Jian (nasz lektor na drugim i trzecim roku sinologii) prowadzi zajęcia w sposób nudny. No cóż, korzystał z głupkowatych podręczników, ze sztywnymi tekstami, których puenty pretendowały do szczytnego miana błyskotliwych i zabawnych. Jednym słowem – dwa lata nudów z panem Luo.

Jednak okazuje się, że zajęcia z Chińczykami mogą być jeszcze nudniejsze.